Państwo prawa?
There are no translations available.
W środę 11 listopada przez centrum Warszawy, reprezentacyjną ulicą Nowy Świat, przemaszerowała manifestacja zorganizowana przez Obóz Narodowo-Radykalny. Miało to być podobno uczczenie Święta Niepodległości... jak się okazało za pomocą gestów "heil Hitler".
Rozumiemy, że żyjemy w państwie prawa i każdy może wygłaszać swoje poglądy.
Rozumiemy, że nie można a priori zakazać komuś organizowania przemarszu, manifestacji, zgromadzenia, bo podejrzewamy, iż mogą się tam pojawić treści nielegalne i niemoralne. Taka odgórna i subiektywna decyzja może rodzić uzasadnione podejrzenia o cenzurę.
Rozumiemy, że policja ma pilnować porządku i interweniować w przypadku jego naruszania.
Nie rozumiemy natomiast, jak służby, które mają pilnować przestrzegania prawa, bezczynnie przyglądają się zakazanym prawnie gestom pozdrowienia "heil Hitler" i przysłuchują się lub raczej udają, że nie słyszą wznoszonych okrzyków o treściach antysemickich i faszystowskich.
Nie rozumiemy dlaczego policja zamiast interweniować po pierwszych nielegalnych okrzykach i gestach zatrzymaniem marszu, zajmowała się grupką młodzieży protestującej przeciw wybrykom członków i sympatyków ONR-u.
Nie rozumiemy dlaczego policja spokojnie stała i przyglądała się gestowi "heil Hitler" wykonanemu pod pomnikiem Romana Dmowskiego przez Artura Zienkiewicza, kierownika ONR.
Czy to jeszcze za mało, żeby manifestację uznać za nielegalną?
Może łatwiej jest spisać i zamknąć kilku młodych ludzi pod zarzutem napaści na funkcjonariusza, niż stawić czoło ponad 500 ogolonych, ubranych na czarno osiłków z tzw. organizacji nacjonalistycznych.
Budzi to uzasadnione obawy o kondycję polskich sił porządkowych i strach instytucji (w tym przypadku przedstawiciela wojewody) przed radykalnymi grupami, które pod hasłami narodowymi szerzą nienawiść do mniejszości. Czy tak ma wyglądać państwo prawa?
Jak widać kolejne zaniechania i pobłażliwe traktowanie przez polskie sądy i prokuraturę zgłoszeń o nawoływaniu do nienawiści skutkują rosnącymi w siłę organizacjami z orbity ONR-u. Sprzyjają ich poczuciu bezkarności.
W zeszłotygodniowej manifestacji po raz pierwszy razem przemaszerowało wiele skłóconych dotąd stowarzyszeń i frakcji. Ulicami Warszawy szli członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego, Falangi, Zadrugi, Narodowego Odrodzenia Polski, Ligi Obrony Suwerenności, Obozu Wielkiej Polski, Związku Słowiańskiego, Młodzieży Wszechpolskiej. To jest bardzo niebezpieczny precedens.
Dosłownie dwa dni wcześniej upamiętnialiśmy wydarzenia jakie miały miejsce za czasów Hitlera w 1938 roku - Noc Kryształową. Wtedy też się zaczęło od okrzyków, gestów, haseł nacjonalistycznych.
Pozostaje tylko wierzyć, że wszczęte z urzędu przez warszawską prokuraturę okręgową postępowanie w sprawie, znów nie zakończy się niczym, czyli brakiem znamion przestępstwa, niską szkodliwością społeczną czynu lub tzw. brakiem wyczerpania artykułu nr taki a taki.
Mamy nadzieję, że słowa niemieckiego pastora Martina Niemöllera, zapisane w 1942 roku w obozie w Dachau "- Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem. Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było" - nie będą znów płaczem po fakcie.
Rozumiemy, że nie można a priori zakazać komuś organizowania przemarszu, manifestacji, zgromadzenia, bo podejrzewamy, iż mogą się tam pojawić treści nielegalne i niemoralne. Taka odgórna i subiektywna decyzja może rodzić uzasadnione podejrzenia o cenzurę.
Rozumiemy, że policja ma pilnować porządku i interweniować w przypadku jego naruszania.
Nie rozumiemy natomiast, jak służby, które mają pilnować przestrzegania prawa, bezczynnie przyglądają się zakazanym prawnie gestom pozdrowienia "heil Hitler" i przysłuchują się lub raczej udają, że nie słyszą wznoszonych okrzyków o treściach antysemickich i faszystowskich.
Nie rozumiemy dlaczego policja zamiast interweniować po pierwszych nielegalnych okrzykach i gestach zatrzymaniem marszu, zajmowała się grupką młodzieży protestującej przeciw wybrykom członków i sympatyków ONR-u.
Nie rozumiemy dlaczego policja spokojnie stała i przyglądała się gestowi "heil Hitler" wykonanemu pod pomnikiem Romana Dmowskiego przez Artura Zienkiewicza, kierownika ONR.
Czy to jeszcze za mało, żeby manifestację uznać za nielegalną?
Może łatwiej jest spisać i zamknąć kilku młodych ludzi pod zarzutem napaści na funkcjonariusza, niż stawić czoło ponad 500 ogolonych, ubranych na czarno osiłków z tzw. organizacji nacjonalistycznych.
Budzi to uzasadnione obawy o kondycję polskich sił porządkowych i strach instytucji (w tym przypadku przedstawiciela wojewody) przed radykalnymi grupami, które pod hasłami narodowymi szerzą nienawiść do mniejszości. Czy tak ma wyglądać państwo prawa?
Jak widać kolejne zaniechania i pobłażliwe traktowanie przez polskie sądy i prokuraturę zgłoszeń o nawoływaniu do nienawiści skutkują rosnącymi w siłę organizacjami z orbity ONR-u. Sprzyjają ich poczuciu bezkarności.
W zeszłotygodniowej manifestacji po raz pierwszy razem przemaszerowało wiele skłóconych dotąd stowarzyszeń i frakcji. Ulicami Warszawy szli członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego, Falangi, Zadrugi, Narodowego Odrodzenia Polski, Ligi Obrony Suwerenności, Obozu Wielkiej Polski, Związku Słowiańskiego, Młodzieży Wszechpolskiej. To jest bardzo niebezpieczny precedens.
Dosłownie dwa dni wcześniej upamiętnialiśmy wydarzenia jakie miały miejsce za czasów Hitlera w 1938 roku - Noc Kryształową. Wtedy też się zaczęło od okrzyków, gestów, haseł nacjonalistycznych.
Pozostaje tylko wierzyć, że wszczęte z urzędu przez warszawską prokuraturę okręgową postępowanie w sprawie, znów nie zakończy się niczym, czyli brakiem znamion przestępstwa, niską szkodliwością społeczną czynu lub tzw. brakiem wyczerpania artykułu nr taki a taki.
Mamy nadzieję, że słowa niemieckiego pastora Martina Niemöllera, zapisane w 1942 roku w obozie w Dachau "- Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem. Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było" - nie będą znów płaczem po fakcie.

