Henryk Pawelec "Andrzej", jeden z najstarszych żyjących partyzantów, wyrzucony ze Światowego Związku Żołnierzy AK. - Dowiedziałem się, że po dwudziestu latach wolności w Polsce nie można mówić prawdy - komentuje wyrok sądu koleżeńskiego. W orzeczeniu uznano, że Henryka Pawelec zostanie wyrzucony z ŚZŻAK za to, że „w 2011 roku w Chmielniku publicznie nazwał ś.p. Mariana Sołtysiaka »Barabasza « zbrodniarzem, którego upamiętnienie byłoby zbrodnią”. W wyroku nie ma żadnego uzasadnienia. Sędziowie pomylili natomiast podstawę prawną w oparciu o którą pozbawia się Pawelca członkostwa w związku.
Henryk Pawelec był dowódcą zwiadu w oddziale "Wybranieccy", którym dowodził "Barabasz". A zbrodniarzem nazwał go w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego". Opowiedział wtedy również m.in. o akcji w Chęcinach, podczas której "Barabasz " ukradł biżuterię zmordowanego konfidenta i jeszcze tej samej nocy zaniósł ją narzeczonej.
Sąd koleżeński podjął decyzję w ostatni wtorek, ale wówczas Pawelec nie dowiedział się, co postanowili sędziowie. - Jeśli decyzja nie zostanie ujawniona jeszcze przez jeden dzień, to świat się nie zawali - ucinał po rozprawie Andrzej Jankowski, przewodniczący sądu koleżeńskiego. Wyrok ostatecznie wysłano pocztą.
Gdy w czwartek przed południem dziennikarze "Gazety Wyborczej" zadzwonili do Pawelca, jeszcze nie otrzymał wyroku. - Nie wychodzę z domu. Cały czas czekam na listonosza - mówił. Korespondencja dotarła kilka godzin później.
Pawelec nie kryje rozgoryczenia: - Cały czas wierzyłem, że decyzja będzie inna. To nie do pomyślenia, że to wszystko mogło stać się w normalnym kraju. Po dwudziestu latach wolności dowiedziałem się, że w Polsce nie można mówić prawdy.
Partyzant podkreśla, że jest ostatnim żyjącym członkiem oddziału "Barabasza" - "Wybranieccy". - Jestem jednym z najstarszych członków AK, a sądzili mnie ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z wojną - mówi.
Może się odwołać od wyroku do sądu koleżeńskiego Zarządu Głównego ŚZŻAK. - Nie wiem czy to zrobię. Sam nie dam sobie rady. W tym wszystkim nie chodziło o mnie, ale o dużo ważniejszą rzecz, o prawdę. Ja stałem się tylko kozłem ofiarnym - podkreśla. Zaznacza, że sędziowie nie odnieśli się do faktów, o których mówił w wywiadzie.
Według Pawelca cała rozprawa przypominała procesy z lat 50.: - Sam chciałem przeprosić rodzinę, jeśli poczuła się urażona. Ale swoich słów nie mogłem odwołać. Sędziowie przez dwie godziny próbowali mnie zmusić, żebym to zrobił. Chcieli, żebym złożył samokrytykę.
Jadwiga Karolczak, dziennikarka i współautorka napisanej z Henrykiem Pawelcem książki "Życie-Śmierć-Życie", uważa, że sprawa jest po prostu smutna. - Znam to środowisko. W tej chwili ci ludzie urządzili sobie groteskową zabawę. Mimo że robią to osoby starsze i doświadczone. To po prostu obrażanie historii - komentuje.
Wyroku nie ocenia natomiast Henryk Ziółkowski, wiceprezes kieleckiego okręgu ŚZŻAK. - Pan Pawelec może się odwołać i myślę, że to zrobi - ucina.
Obie rozprawy w sprawie Henryka Pawelca odbywały się za zamkniętymi drzwiami. Andrzej Jankowski nie chce komentować sprawy. Wiadomo natomiast, że sędziowie odrzucili wniosek o przesłuchanie historyków, m.in. Aliny Skibińskiej i Anny Tokarskiej-Bakir, które badały historię oddziały "Wybranieccy" i opisywały fakty przytoczone przez Pawelca.
Źródło: GW Kielce

