Warszawski ratusz przygotował promocyjny kalendarz książkowy na 2012 rok. Zilustrował go przedwojennymi plakatami ze zbiorów Muzeum Plakatu w Wilanowie. Jeden z nich reklamuje tygodnik "Rozwój". Grafika przedstawia żołnierza, który miotaczem ognia tępi szczury. Gryzonie mają pejsy i kipy ozdobione Gwiazdą Dawida. Pod rysunkiem czytamy: ""Rozwój" walczy o dobrobyt Polski, propagując solidarność narodową, pracę i organizację żywiołu polskiego; broni Polski przed zalewem żydowskim; łączy wszystkich Polaków pod hasłem "swój do swego po swoje"".
- Nie czuję się oburzony. Raczej smutny. Będąc warszawiakiem w trzecim pokoleniu nie mogą się pogodzić ani z plakatem przyrównującym mnie do szczura, ani z wykorzystaniem tego rodzaju "sztuki użytkowej" do promocji miasta, w którym się urodziłem. Mam nadzieję, że wielu warszawiaków podzieli mój pogląd. - komentuje sprawę Piotr Kadlcik, przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie.
Wydawnictwo słowem wstępnym opatrzyła prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Napisała, że to "kalendarz szczególnej urody, bogato ilustrowany arcydziełami grafiki użytkowej", który przypomina dawną Warszawę. Wertując jego kartki, "możemy poczuć atmosferę dawnych lat".
Publikacjami Biuro Kultury Urzędu m.st. Warszawy obdarowało między innymi współpracujących z nim artystów i organizacje. Na początek nowego roku planowany jest dodruk, bo wszystkie egzemplarze już się rozeszły.
Jeden trafił do rąk Barbary Sułek-Kowalskiej, wykładowcy UW i członkini Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.
– W tym kalendarzu jest tyle pięknych fotografii. Nie rozumiem, jak między nimi znalazł się ten plakat – zastanawia się Sułek-Kowalska, która wystosowała w tej sprawie list otwarty do prezydent stolicy.
"Nie śmiem wierzyć, że złożyła Pani swój podpis na wydanym właśnie i wręczanym jako miły upominek Kalendarzu Warszawy 2012, nie przeglądając jego zawartości. Taka lekkomyślność nie przystoi ani prawnikowi, ani urzędnikowi. Nawet wysokiego szczebla" – napisała, dopytując też, jak prezydent miasta mogła wypuścić w świat publikację z reprodukcją plakatu porównującego ludzi do tępionych szczurów.
Czy prezydent widziała kalendarz przed podpisaniem wstępu? – Nie wiem, mnie przy tym nie było – mówi "Rzeczypospolitej" Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego ratusza. Dodaje, że po telefonie publikację obejrzał razem z wiceprezydentem Włodzimierzem Paszyńskim. Niestosowności się nie dopatrzyli. – To plakat antysemicki, ale w doborze ilustracji chodziło o to, żeby pokazać przedwojenną szkołę plakatu i emocje w dawnej Warszawie. Nie oszukujmy się, mamy się czego wstydzić, w tym czasie były silne antysemickie ciągoty – wyjaśnia. – Ta ilustracja nikogo nie zachęci do antysemityzmu. Kalendarz nie trafia do rąk osób o bardzo wąskich horyzontach – argumentuje Milczarczyk.
– Takie plakaty powinny być materiałem dla historyków, a nie elementem kalendarza, który ma promować Warszawę – ripostuje Sułek-Kowalska.
– Jeśli byłby to błąd redakcyjny, a urzędnicy przeoczyli tę ilustrację, tobym zrozumiał – mówi "Rz" Szewach Weiss, były ambasador Izraela w Polsce. – Jeśli ktoś tego broni, jestem tym bardzo zasmucony.
Nie wini jednak prezydent Warszawy, bo – jak mówi – ma ona pozytywny stosunek do Żydów. – Wiem jednak, że wysocy urzędnicy nie zawsze są w stanie przeczytać wszystkiego, co dostają do podpisu. Muszą ufać współpracownikom.
Źródło: Rzeczpospolita, inf. wł.

